| |
Niepodległość to...
Niepodległość to, gdy przychodzisz na świat w klinice, w której nie ma
najsterylniejszych na świecie sowieckich karaluchów, za to są jednorazowe igły i
pieluszki.Niepodległość to, gdy twój ojciec pójdzie do Urzędu Stanu Cywilnego, żeby
otrzymać świadectwo potwierdzające twoje przyjście na świat oraz fakt, że ku
czci twego dziada nadano ci imię Ryhor, a urzędująca tam panienka wypisze
spokojnie żądane świadectwo, nie sięgając do szuflady po rosyjski "Wykaz imion
własnych narodów ZSRR", nie wymachując nim i nie tłumacząc twemu ojcu
histerycznie po rusku, że może bez problemu nadać synowi imię Fajzuła czy nawet
Mamaj, ale Ryhorem nazwać syna nie wolno, bo nie ma takiego imienia na świecie
(a jest natomiast normalne ludzkie imię Grigorij).
Niepodległość to, gdy pójdziesz do szkoły, gdzie będą cię uczyć w twoim
języku ojczystym (a dziewczynkę Grażynkę, która ci się podobała już w
przedszkolu - w jej języku ojczystym, a twego koleżkę z sąsiedztwa, Miszę, co ma
tatę Izaaka - w jego języku, a jeszcze innego twego sąsiada, Aloszkę, którego
rodzice przyjechali tutaj, bo w ich mieście nad Wołgą, żeby dostać mleko dla
dziecka, trzeba było stawać w kolejce o piątej rano - w jego języku). Będą cię
uczyć w twoim języku i w tym celu twój tatuś z mamą nie będzie musiał całe lato
chodzić po mieszkaniach i zbierać podań od rodziców, którzy nie byli bynajmniej
przeciwni nauczaniu swoich dzieci tak jak twój tato i mama, ale po prostu o tym
nie pomyśleli, bo wychowali się w internacjonalizmie. I tych podań nie zgubi
trzy razy dyrektor i dwa razy sekretarka, a pierwszego września na uroczystym
apelu nie będą ci mówić, że "z każdym rokiem materialno-techniczna baza naszej
szkoły staje się coraz lepsza", a po wejściu do klasy nie dowiesz się, że dzięki
nieustannej trosce partii i państwa macie oto jeden elementarz i dwie
"matematyki" w języku ojczystym na całą klasę.
Niepodległość to, gdy twoja drużyna pionierska nie będzie walczyć o prawo do
imienia Pawlika Morozowa czy Aleksandra Miasnikowa, bo wszyscy doskonale wiecie,
jak Pawlik kochał swego tatę a Miasnikow Białorusinów.
Niepodległość to, gdy będziesz studentem i na wykładzie z matematyki twój
ciemnoskóry rówieśnik z Madagaskaru nachyli się do ciebie i zapyta, co znaczy
białoruskie słowo imawiernaść , a ty mu to wytłumaczysz po francusku.
Niepodległość to, gdy będziesz służyć w wojsku nie dalej jak w nadgranicznym
mieście czy wiosce na swojej ziemi i nikt ci za to nie każe malować trawy i
sprzątać terenu "stąd do obiadu". A w niedzielę będziesz mógł pojechać do
rodziców czy do dziewczyny i nikt cię za to nie zwymyśla od bulbaszów , a twego
przyjaciela - od czornożopych za to, że przez sen mówicie po swojemu, a
przodownicy wyszkolenia bojowego i politycznego nie będą ci w trakcie tego
szkolenia robić "roweru" i nikt ci nie rozkaże ostrzyć saperki, żeby okopywać
się nią w Baku albo Tbilisi.
Niepodległość to, gdy twoja dziewczyna zapragnie nagle pojechać na weekend
do Wiednia i ty najzwyczajniej w świecie jej obiecasz, że będziecie pić kawę
vis-a-vis pałacu Schönbrunn, wiedząc, że przed waszą wyprawą nikt nie będzie cię
prześwietlać pod kątem tego, czy nie byłeś w dzieciństwie Żydem, a także czy
byłeś wcześniej za granicą, kiedy wróciłeś i w jakim celu.
Niepodległość to, kiedy na Dziady, w Dzień Zaduszny, idziesz na cmentarz i
wiesz, że zapalisz tam świeczkę, położysz kwiaty i nie staniesz się obiektem
eksperymentów z gazem paraliżującym czy nowym modelem pałek gumowych.
Niepodległość to, gdy twój syn przyniósł ze szkoły piątkę z historii i ty go
za nią chwalisz, bo wiesz, że otrzymał ją nie z przedmiotu, gdzie uczą o Lodowym
Pobojowisku i zwycięstwie kolektywizacji, lecz z tego, gdzie uczą o Bitwie pod
Grunwaldem, która uratowała twój naród od śmierci, i gdzie mówią prawdę o
władzy, która rozstrzelała twego dziadka i zamorzyła głodem twoją babcię.
Niepodległość to, gdy odwiedzi cię piosenkarz z Nowego Jorku i wypijecie
parę głębszych wiśniówki, a później uprzejmi faceci w cywilu nie będą ci
proponować, żebyś szczegółowo opisał, gdzie i coście pili i komu przy tym
wymyślaliście.
Niepodległość to, gdy nie musisz słuchać, jak twój prezydent poucza z ekranu
rodaków "Jak chcem, tak mówiem", bowiem twój prezydent jest człowiekiem
piśmiennym i zna przyzwoicie przynajmniej jeden język.
Niepodległość to, gdy z ekranów telewizyjnych i z gazet raptem znikają listy
od niestrudzonych, tajemniczych weteranów oraz przerażające wieści o
nacjonalistach i ekstremistach z frontów narodowych, co to nie śpią po nocach,
żeby tylko rozpalać wrogość etniczną pomiędzy tobą, Aloszą i Miszą, którego
tatuś m na imię Izaak, a także Grażyną, która jest od lat twoją żoną, że wszcząć
między wami krwawą rzeź i tym samym wykoleić 1 ciąg przebudowy.
Niepodległość to, gdy nikt cię nie straszy, że twój naród n wyżyje bez
wielkiego starszego brata, gdyż nie posiada własny boksytów i diamentów, a ty
zrozumiesz, żeś całkiem niepotrzebnie współczuł nieszczęsnym Holendrom czy
Belgom, nie mającym własnych boksytów i diamentów ani nawet starszego brat.
Niepodległość to, gdy potężne autofurgony z napisem "Centrowywóz" (czy
widziałeś kiedyś choć jeden furgon z napisem "Centrowwóz"?) podjeżdżają pod
nasze, a nie pod obce sklepy.
Niepodległość to, gdy raptem się okaże, że i u nas są ludzi rozumni, i że
gdy, nie daj Bóg, wybuchnie jakaś fabryka czy spad nie jakieś inne nieszczęście,
nie trzeba będzie czekać na przy jazd komisji moskiewskich mądrali.
Niepodległość to, gdy oddając Bogu ducha wiesz, że po tym, jak już się
przeniesiesz do lepszego świata, na miejscu cerkwi czy kościoła, w którym cię
chrzcili i w którym brałeś ślub, nie wykopią sadzawki z usmolonym łabędziem i
nie zbudują basenu kąpielowego imienia XXVIII zjazdu KPZR, a cmentarza, na którym
spoczną twoje kości, nie przemienią w zaśmiecony pustymi flaszkami park kultury
i wypoczynku imienia towarzysza Gorbaczowa lub towarzysza Ligaczowa.
Niepodległość to...
Niepodległość to, gdy od narodzin do śmierci czujesz się człowiekiem na
własnej ziemi.
Wierzę, że kiedyś tak będzie.
Bo inaczej po prostu nie warto żyć.
Luty, 1990.
| |
|